Noszę, bo kocham!

Ilu rodziców zarzeka się, że jak tylko maluch podrośnie zaczną razem jeździć w góry? Trzeba chwilę poczekać, cztery, może pięć lat… Rodzice wrócą do dawnej pasji, a mały człowiek zobaczy świat ich oczami. Tylko te kilka lat… Nieprawda! Wcale nie trzeba tyle czekać! Małe dziecko w górach, dzielące z nami wzniosłe przeżycie obcowania z przestrzenią, widokami, naturą, zapachem lasu i wiatru… Dlaczego nie! Jak więc to zrobić?

Noszeniaki

Wyobraźmy sobie, że maluch podróżuje z nami w każde miejsce, blisko i naturalnie przy nas. Nie ogranicza nas jego wiek i możliwości samodzielnego przemieszczania się. Jest zawsze przy nas, więc nie musimy martwić się, że czegoś mu brakuje. Czy zabieranie dziecka w góry od pierwszych miesięcy życia to fanaberia rodziców? A może przeciwnie, to zupełnie oczywiste, że dziecko jest tam, gdzie najważniejsze dla niego osoby?

Jedna z teorii antropologicznych mówi, że my, ludzie, jedne ze ssaków, jesteśmy noszeniakami, czyli jesteśmy stworzone do bycia przenoszonymi na ciele rodziców. Zupełnie jak u małp. Kiedyś małe plemiona ludzkie albo większe rodziny przemieszczały się w poszukiwaniu nowych miejsc do polowań, zbiorów drobnych owoców, większych siedlisk. Życie było drogą. Dzieci rodziły się, płynnie wtapiając się w wielką nomadyczną rodzinę. Oczywiście, nie było wózków, a potomstwo przecież należało jakoś przenieść i nie zagubić po drodze! Teoria ta tłumaczy istnienie u małych dzieci przetrwałych odruchów chwytnych dłoni i stóp – zauważmy, że dzieci po narodzinach silnie zaciskają pięści i stopy, nawet lekko dotknięte we wnętrzu dłoni lub na podeszwie stopy. Odruch ten, jak wyjaśnia teoria o noszeniakach, jest spuścizną po dawnych czasach, kiedy dzieci wczepiały się dłońmi i stopami w owłosienie na ciele matki lub jej ubranie. Również kształt kobiecych bioder to efekt ewolucji – mają nie tylko walor estetyczny, ale przede wszystkim praktyczny: rodzenie dzieci, a później właśnie noszenie ich na biodrze, zwłaszcza tych starszych. Intrygująca teoria o noszeniakach wyjaśnia jeszcze jeden fenomen: dziecięcy krzyk. Ten sposób komunikacji to odruch obronny, a przede wszystkim zabezpieczenie przed porzuceniem. Przecież nikt nie zwróciłby uwagi na śmiejące się dziecko, a płaczące nikogo nie pozostawi obojętnym… Zostawmy teraz odległe czasy, kiedy od noszenia zależało przetrwanie i przenieśmy się do teraz.

Miś polarny w Tatrach

Trzymiesięczny miś polarny w Tatrach – 2016 rok

Cały świat nosi

Nepal, Indie oraz inne kraje Azji, Ameryka Południowa, Afryka… Mamy przed oczami obrazki kobiet z dziećmi w chustach, zapasanych przez ramię i biodro, na plecach, na brzuchu, towarzyszących im we wszystkich aktywnościach – w pracy, w czasie spędzanym z innymi członkami społeczności. Małe buźki wychylające się spod pazuchy, zza ramienia, przytulone do pleców albo brzucha mamy. Noszenie posiada jeszcze jeden fenomen. Dzieci noszone nie płaczą albo płaczą zdecydowanie mniej. Oczywiście, nosić może każdy! Nie determinuje tego płeć. Bliskość rodzica, bicia jego serca, ciepła jego ciała, oddechu, zapachu i natychmiastowa reakcja na potrzeby malucha sprawiają, że dziecko nie musi uruchamiać najgłośniejszego alarmu, a rodzic niemal intuicyjnie odpowiada na potrzeby dziecka – nawet je wyprzedza! Noszenie koi ból, uspokaja, daje poczucie bezpieczeństwa, a sam dotyk ciało do ciała jest dla dziecka ogromnym wyrazem miłości (dla dorosłych też – choć my zdecydowanie za mało się przytulamy!). Czy istnieje lepszy i bezpieczniejszy sposób poznawania świata przez dziecko w tych pierwszych miesiącach życia?

Jak nosić dobrze? Chusty, nosidła i…

Nosimy i my, ludzie zachodu, sukcesu, wielu pasji i z nieustannym głodem przeżyć i aktywności, wybierający model rodzicielstwa bliskości. Już kilkudniowe dziecko można zamotać w chustę i w zależności od pogody, odpowiednio zabezpieczone przed chłodem, zabrać na spacer na łonie natury. Później, im starsze, a jego organizm bardziej stabilny i odporny na zmienne warunki, odkrywają się opcje dłuższych przechadzek i krótkich wycieczek, również w góry. Pierwszą zasadą prawidłowego noszenia jest dobranie odpowiedniego sposobu.

Dla dzieci, które jeszcze nie siedzą samodzielnie, będzie to tylko i wyłącznie chusta – w tym przypadku dla większości dzieci do 7-8 miesiąca życia. Nie dajmy się zwieść reklamom nosideł od pierwszych dni życia – noworodek nigdy nie będzie miał w nich takiej stabilizacji i poprawnej pozycji, jak w dobrze dociągniętej chuście. Możemy dziecku bardzo zaszkodzić stosując nosidło, kiedy jego układ ruchu, a zwłaszcza kręgosłup, nie jest jeszcze gotowy do obciążenia, jakim jest trzymanie prostej postawy. W ten sposób można zafundować dziecku problemy z postawą w kolejnych latach życia. Od pierwszych dni życia mamy kilka dostępnych bezpiecznych wiązań, takich jak kangur czy kieszonka. Wiązania chusty najlepiej nauczyć się od certyfikowanego doradcy noszenia, nie oszczędzać na takiej konsultacji, a pozyskana wiedza zaprocentuje, dając nam narzędzie do wypraw z dzieckiem. Doradca pomoże także dobrać chustę odpowiadającą naszym potrzebom – niekoniecznie trzeba zaczynać od tzw. pasiaka! Większość dzieci może być motana bez żadnych przeciwwskazań. Tylko w nielicznych przypadkach, np. znacznej asymetrii albo niewyrównanego napięcia mięśniowego u niemowlęcia, po konsultacji z fizjoterapeutą dziecięcym, może się okazać, że noszenie w danym momencie nie jest dla naszego malucha. To dziecko ustala, jak długo chce być noszone w chuście! Może się okazać, że nawet dwulatkowi będzie to odpowiadało, a z drugiej strony ekspansywny sześciomiesięczny niemowlak może powiedzieć nie – wtedy sytuację może uratować nosidło ergonomiczne. Chusta ma jeszcze jeden plus – może posłużyć jako kocyk podczas przerwy w wycieczce.

Chusta (12.2016) vs nosidło ergonomiczne (04.2017)

Nosidło ergonomiczne, czyli takie o szerokim tkaninowym panelu, dające odpowiednie podparcie zgiętym w stawach kolanowych i biodrowych nóżkom dziecka, to opcja dla dzieci, które już samodzielnie usiadły. Jest to o wiele szybsze rozwiązanie niż wiązanie chusty, ale musimy poczekać do czasu, kiedy dziecko będzie gotowe. Ergonomiczne oznacza, że pozycja dziecka w takim nosidle nie szkodzi jego postawie i rozwijającemu się układowi ruchu. Jeśli spojrzymy na nogi dziecka z tyłu, oba kolana i miednica będą w jednej linii, przypominające żabkę – bez obaw, ta pozycja jest dla dziecka prawidłowa. Dobrze, żeby kolana były trochę podkurczone, tak, że kręgosłup nie jest przeprostowany, a lekko zaokrąglony – u starszych dzieci oczywiście będzie trudniej uzyskać taką pozycję – ale nie martwy się, dziecko jest już na tyle aktywne i silne posturalnie, że nie jest to problemem. W nosidle ergonomiczny możemy ponieść spokojnie trzylatka – nosidła takie są szyte w kilku rozmiarach – baby, standard, toddler – różnią się szerokością panelu z tkaniny. Na rynku funkcjonuje wiele firm, które szyją takie nosidła z bawełny lub nawet z chust. Tu również warto dopytać doradcę, które będzie najbardziej odpowiednie dla naszego dziecka. Nosidło ergonomiczne jest bardzo lubiane przez mężczyzn – dużo szybsze w obsłudze niż chusta. Na koniec najważniejsza informacja – dziecko jest noszone zawsze przodem do naszego ciała! Może nosić dziecko zarówno na plecach, jak i na brzuchu, czyli z tyłu albo z przodu, ale maluch będzie zawsze brzuchem do naszego ciała, a plecami do świata. Zawsze! W każdym innym przypadku, kiedy dziecko jest noszone przodem do świata, znajduje się w wisiadle.

„Wisiadło” vs nosidło – jak układają się biodra dziecka? Po prawej pozycja prawidłowa

Wisiadła to niestety tak fatalne, jak i popularne rozwiązanie… Posiadają zazwyczaj bardzo wąski panel, który umożliwia noszenie przodem i tyłem do świata. Nawet, jeżeli dziecko jest noszone w takim wisiadle tyłem do świata, a przodem do rodzica, opiera się na zbyt wąskim pasie tkaniny spojeniem łonowym, obciążając całą obręcz biodrową i kręgosłup. Ten wąski panel może uciskać na nerwy, powodując zaburzenia czucia w okolicy krocza i nóg dziecka, o których nam dziecko nie powie, ale będzie na przykład płakało. To nieprawda, że dziecko musi widzieć świat ustawione do niego przodem. Dzieci są przebodźcowane, nie mogą się podeprzeć głową na klatce piersiowej rodzica i zasnąć, jednym słowem męczą się noszone w ten sposób! Wisiadła swoją wdzięczną nazwe uzyskały prawdopodobnie przez pozycję nóg i rąk dziecka – zwieszonych prosto w dół… Są też zazwyczaj tańsze niż nosidła ergonomiczne. Niestety, nawet pewna szanowana skandynawska firma posiada takie w swojej ofercie, wiele amerykańskich na rynku to również wisiadła. W tej kwestii ponownie odsyłam do fizjoterapeuty dziecięcego i doradcy noszenia.

Pozycja dziecka w dobrym nosidle daje mu o wiele większy komfort (po prawej) niż zbyt wąski panel w tzw. wisiadle.

Opcja dla najstarszych dzieci to nosidło turystyczne plecakowe, które może budzić jednak pewne kontrowersje ze względu na konstrukcję. Niestety często w nosidłach turystycznych siedzisko jest dość wąskie, nogi dziecka nie mają podparcia i zwisają w dół, a tułów nie ma bezpośredniego kontaktu z plecami rodzica, przez co dziecko nie jest stabilne i siedzi zwieszone. Na rynku jest wiele firm posiadających w swojej ofercie sprzętowej tego typu nosidła i można przymierzyć to najlepsze dla nas oraz… dokonać małego ulepszenia, aby dziecku było wygodniej. Zazwyczaj wystarczy poszerzyć siedzisko, czyli podparcie dla miednicy i tym samym kręgosłupa – przez włożenie zrolowanego ręcznika albo małego kocyka, dobrą opcją mogą być też strzemiączka na stopy dziecka – zawsze to jakieś podparcie. Mimo wszystko najlepiej pozostać przy nosidle ergonomicznym, które jest lekkie, miękkie, dopasowujące się do dziecka i utrzymujące jego biodra oraz kolana w tzw. pozycji żabki.

Nosimy w Beskidach i Tatrach… Miłość ❤

Gdzie jest haczyk?

Wiemy, w czym nosić, wiemy, jak nosić… Nasz maluch jest blisko, a my możemy razem z nim eksplorować świat. Nosidło czy chusta spiszą się w podróży i w górach. Małe, poręczne, uwalniające ręce rodzica. Rodzice, którzy noszą, chwalą się, że #nicminiewisi oraz #handsfreehugs. Jedynym problemem będzie termoregulacja u niemowląt. Jako, że ciało dziecka zbliżone jest kształtem do kuli, dziecko ma tendencje do przegrzewania się latem, stąd należy rozważyć plan wycieczki i jej pory, robiąc przerwy i unikając pełnego słońca – chusta grzeje, a spocone ciało rodzica również oddaje ciepło. Latem ubieramy dziecko lżej, natomiast jeśli chodzi o zimę, ręce oraz nogi dziecka, odsłonięte, mogą ulegać szybciej wychłodzeniu, są narażone na wiatr, mżawkę, mróz. Krążenie u dzieci oraz termoregulacja w kończynach są mniej sprawne niż u dorosłych – zawsze musimy brać to pod uwagę! Bardzo łatwo wychłodzić dziecko. Należy przemyśleć wycieczkę, aby pod żadnym pozorem nie doprowadzić do hipotermii. Pamiętajmy, że my, jako noszący, poruszamy się, mamy na sobie pewien ciężar – będzie nam cieplej niż śpiącemu dziecku. Najlepiej zastosować zewnętrzne okrycie na chustę czy nosidło – specjalną nakładkę, bluzę windstopper czy inną dla dwojga lub obszerną kurtkę na górę na nas i dziecko razem oraz bardzo ciepłe botki na stopy. Kontrolujmy temperaturę ciała dziecka, sprawdzając kondycję dłoni i stóp oraz oceniając, czy kark nie jest spocony. Zarówno przegrzanie, jak i wychłodzenie będą szkodliwe. Stosujemy przerwy w noszeniu – najlepiej minimum co dwie godziny. Deszcz nie jest przeciwwskazaniem – na rynku jest dostępnych wiele kombinezonów przeciwdeszczowych, obszernych kurtek z membraną dla mamy lub taty (niestety, wciąż mało tego typu ubrań dla dzieci do drugiego roku życia!) lub uniwersalnego tulisia od Mabibi – osłony od deszczu, wiatru i zimna na chustę czy nosidło. Wypady z maluchem są o wiele łatwiejsze dzięki takim rozwiązaniom!

Puchowe botki, tuliś od Mabibi i merynosik pod spód od Paterns – zestaw szturmowy! Testowany w Beskidach, ale i w Alpach i Norwegii. Niezawodny.

Nie ma złej pogody, są tylko niewłaściwe ubrania!

Noszenie daje dużo radości i swobody. Otwiera nowe ścieżki. Daje siłę i odwagę rodzicom, by pokazywać dziecku świat nie ograniczając się do osiedlowych ścieżek. Zawsze kierujmy się komfortem dziecka – są lepsze i gorsze dni. Niech naszą motywacją będzie przyjemność z wycieczki, a nie chęć pokazania się. Zaprzyjaźnijmy się z noszeniem, a góry staną dla nas otworem – najpierw te niższe i doliny, a poźniej, kto wie? 🙂

Noszenie z widokami! Chamonix i Zermatt, czyli wakacje marzeń 🙂
Dolomity w najlepszym towarzystwie 🙂

* Artykuł ukazał się w Kwartalniku Tatry numerze 61 (3/2017).

tatry60_2

Niezbędnik podróżniczki cz. 1

Kiedy ruszasz w podróż poza strefę swojego komfortu, musisz być dobrze przygotowana. Tak dobrze, że wszystko, co Cię zaskoczy, przyjmiesz z co najwyżej uniesieniem brwi. W Niezbędniku podróżniczki cz. 2 poznasz listę moich pewniaków w podróży – sprawdzonych przez lata górskich wyjazdów i podczas startów w biegach górskich.

Wygodne rozwiązania, minimalizm, lekki sprzęt, rzeczy niezawodne.

Tylko jedna rzecz jest dla mnie nowością, bez której nie wyobrażam sobie już żadnego wyjazdu! Nie wiem, czemu tak późno na to wpadłam!

Merynosy! 

Kilka miesięcy temu znajoma pokazała mi naszą, polską markę Paterns. To było odkrycie roku! Wzory, kolory, wygodne kroje – dla całej rodziny. Każdy, kto spędził na wyjeździe dwa-trzy tygodnie w bieliźnie termicznej albo technicznych koszulkach, wie, jak ciało tęskni do miękkości naturalnych tkanin. Na górskie wyjazdy pod namiot zawsze zabierałam chociaż jedną bawełnianą bluzkę do spania, taki mały luksus. Problem tkwi jednak w tym, że zwykła bawełna szybko wilgotnieje, długo schnie, a i świeżość po jednym użyciu szybko ucieka… W warunkach tropikalnych taka koszulka przyklei się do ciała po kilku minutach… Czekał mnie wyjazd do Afryki, od gorących sawann po mroźne górskie regiony. Tak szeroka amplituda temperatur wymagała rozsądnego doboru ubrań.

Ubrania Paterns były brakującym ogniwem w moim optymalnym zestawie zabieranych na wyjazdy rzeczy. Lubię rzeczy uniwersalne, spełniające wiele funkcji.

Poszerzanie strefy komfortu?

Cztery główne argumenty przemawiające za inwestycją w ubrania z wełny merynosów to:

  1. Lekkie, oddychające tkaniny
  2. Niewielki rozmiar ubrań po złożeniu
  3. Szybkie schnięcie
  4. Brak przykrego zapachu nawet po dłuższym noszeniu (nie ma się z czego śmiać! pranie nie zawsze jest możliwe, a nie ma możliwości zabrania zmiany na każdy dzień)

Na przykład oversize’ową bluzkę, w której wyruszyłam z domu, miałam na sobie ponad dobę, aż do momentu przyjazdu do Moshi w Tanzanii. Nosiłam ją również przez kolejny dzień, ponieważ mimo upału, czułam się lepiej w długim rękawie (unikam ostrego słońca). Z wszystkich tkanin to wełna merino ma największe zdolności ochrony przed promieniami słonecznymi, taki naturalny filtr UV. Trzy dni w tej samej bluzce. Nie pomyślcie o mnie źle. To nie koniec! Po zejściu z Kilimanjaro i opuszczeniu terenu Parku Narodowego, miałam ją na sobie jeszcze przez ponad dobę, podczas podróży powrotnej. Na nocne loty preferuję wygodne i miękkie ubrania, znowu uratował mnie merynos. Pięć dni w tej samej bluzce. Brzmi źle? Po zdjęciu jej już w domu oczywiście poleciała do pralki…ale nie dlatego, że nieprzyjemnie pachniała. Była wciąż w porządku! Po zebraniu flory bakteryjnej z dwóch afrykańskich państw i we wszystkich możliwych środkach transportu musiało ją to spotkać.

rhdr

nor

Mój drugi mały luksus to sukienka. Nawet jadąc w góry biorę małą szmatkę, która pozwoli poczuć się kobieco po zrzuceniu ciężkich górskich butów. Nauczyłam się tego po przejściu szlaku GR20. Poznane na trasie piechurki były przygotowane na świętowanie sukcesu, jakim jest ukończenie tego najtrudniejszego szlaku trekkingowego w Europie. Przebrały się w sukienki i pełne wdzięku (tak! to daje kobiecie sukienka!) z wielkimi plecakami po ponad dwutygodniowym treku, mogły cieszyć się słońcem Korsyki. Ja miałam tylko szorty. Nie ma porównania, jeśli chodzi o komfort noszenia! Wreszcie brzuch nie jest ściśnięty paskami plecaka i kilku warstw ubrań, a uda otarte od szwów spodenek. Cieniuteńka sukienka z wełny merynosów w kolorowe wzory to mój typ na takie okazje. Po złożeniu nie zajmuje więcej miejsca niż para skarpetek. Ach, i nadaje się dla mam karmiących!

IMG-20190122-WA0003

Chwalę tylko to, co sprawdzone i mówię tylko o tym, w co wierzę. Merynosy podbiły moje serce! Jakość i funkcjonalność ma swoją cenę, ale kto spróbuje, nie pożałuje. Po wyprawie do Afryki utwierdziłam się w tym, że będę stopniowo uzupełniać swoją szafę o ubrania z wełną merino. Jeśli ktoś chce Wam zrobić prezent – podsunęłabym taki pomysł. Tak, stało się, jestem w gronie #merinofreaks !

nor

 

Polowanie na zorze, czyli dziecko na Kole Podbiegunowym

Jedno z najpiękniejszych zjawisk na ziemi, ulotny blask energii pochodzącej prosto od słońca… a może jak mówi skandynawska mitologia, to Walkirie, córki Odyna, które mkną po niebie na skrzydlatych koniach? Aurora Borealis, zorza polarna, światło północy… Jedno z wielkich, szalonych marzeń do spełnienia.

SONY DSC

Fot. Górska Mama / Zorza w okolicy Tromso

Jakie warunki należy spełnić, żeby zobaczyć zorzę?

Przede wszystkim wybrać dobry czas i miejsce. Najlepiej jechać między listopadem a marcem, wtedy noce są najdłuższe. Od kwietnia godziny słoneczne się wydłużają, stopniowo przechodząc w dzień polarny. O tym przedsięwzięciu myślałam już od kilku lat. Trzy lata temu najlepszy miesiąc na oglądanie nieba dalekiej Północy spędziłam w namiocie w odległych Andach. Dwa lata temu byłam w ciąży, a rok temu miałam małego ssaka przy sobie. Nie byłby to problem jechać razem, ale ważny był dla mnie komfort kilkumiesięcznej Gai, a przy okazji chciałam, żeby dla niej była to również atrakcja. Była jeszcze za mała. Odpuściłam.

Wszystko dobrze się złożyło w tym roku. Na początku stycznia wycięłam z gazety podróżniczej zdjęcie zorzy i przykleiłam na mojej mapie marzeń wraz z dwoma myślami: „im mniej oczekuję, tym więcej dostaję” oraz „uśmiech pomyślności nie omija nikogo, a mędrzec odnajdzie go nawet w drobiazgach”. Równo dwa lata wcześniej na antenie programu Trzecia Fala w Radio Katowice zdradziłam między innymi to marzenie, mój ważny punkt z sekretnej ‚bucket list’.

Czasem, żeby coś zaistniało, trzeba nie tylko własnych chęci, ale też tzw. zielonej fali. To dla mnie seria pomyślnych zdarzeń, które niczym jedne po drugich drzwi otwierające się przed nami, pozwalają dotrzeć do celu. A najlepsze jest to, że nie idzie się samemu, a drzwi często otwierają nam różne niezwykłe osoby. Czy to łatwo mieć wspólne marzenie? Zdecydowanie niełatwo. To sytuacja cenna, być może jedyny taki splot zdarzeń w naszym życiu, choćby miało zabrzmieć to górnolotnie.

Jest czas na pewne rzeczy, a potem mija. Jest szansa coś uchwycić, a potem znika.

Warto być czujnym. Monika taka była. Miłość do Norwegii pozwoliła nam odbyć kilka marzycielskich rozmów o różnych możliwych wyprawach, a zorza przewijała się od kilku lat. Kiedy rzuciłam hasło: ‚Jedźmy. Z moją Gają. Kiedy, jak nie teraz?’, Monika od razu była na tak. I to TAK otworzyło nam potem wiele możliwości.

Wybrałyśmy termin kierując się… fazami księżyca. Tak, to miało mieć duże znaczenie, ponieważ w nowiu była większa szansa zobaczyć nawet bardzo słabe zorze. Czarne niebo i nieziemska gra nocnych świateł. Kupiony bilet na skrzynce mailowej przypominał, że to się dzieje naprawdę.

IMG_20180213_182907_613

Fot. Monika Biernat

Lecę z niemal półtoraroczną córkę za Koło Podbiegunowe.

Do krainy lodu, śniegu, reniferów i ciemności przez większą część roku. Szalone? Odważne? Nietypowe? Na pewno tak, wszystko po trochu. Z radości nabrałam wiatru w żagle i zaczęłam nas przygotowywać, jak dotąd siebie na wszystkie wcześniejsze wyprawy wysokogórskie.

ptr

Fot. Górska Mama / Szczęśliwe dziecko 

Klimat północnej Norwegii jest suchy i mroźny, zdarzają się obfite opady śniegu, należy się spodziewać bardzo niskich temperatur. Ubranie dziecka na -20, aby mogło spędzić w terenie kilka godzin, to już pewne wyzwanie, ale udaje mi się kupić ultra gruby kombinezon puchowy z dobrą membraną, a koleżanka szyje dla Gai komino-czapko-szalik oraz mini-łapawice, tak, że nie mam obaw o komfort termiczny małej (więcej o naszym ubiorze TU). Pakujemy się w trójkę do wielkiej torby transportowej, w akcie odwagi zabieram wózek (wciąż zastanawiając się, czy nie lepiej zabrać sanki?) i jestem wdzięczna Monice, że nie boi się lecieć w towarzystwie małego dziecka. Nie oszukujmy się, Gaja to wymagająca towarzyszka 😉

Lecimy! W sercu radość, która dodaje optymizmu, kiedy pojawia się myśl, czy Gaja to dobrze zniesie. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać na miejscu. W rezultacie okaże się, że tydzień spędzony na mrozie, przez większą część dnia w terenie, to najlepszy tydzień jeśli chodzi o jakość snu mojego dziecka (i mojego też!).

Lądujemy w Tromso, sprawnie wysiadamy i szukamy swojego auta na zasypanym parkingu. Środek nocy, wieje okrutnie, Gaja śpi w nosidle, przykryta kocem, a my zgrabiałymi palcami montujemy fotelik. Zajmuje to zdecydowanie za dużo czasu, ale… Pojawia się! Ona! 

SONY DSC

Fot. Górska Mama / Tromso

Zorza była widoczna nawet w centrum miasta, na oświetlonym lotnisku. Potem było tylko lepiej. Żartujemy, że można już wracać, bo przecież widziałyśmy, ale tak naprawdę dopiero budzi się w nas ekscytacja, żeby uchwycić więcej tej magii. Już wiem, dlaczego tak wielu mówi „polowanie na zorze” – faktycznie się poluje!

To był tak dobry czas, że aż trudno znaleźć słowa, żeby opisać wszystkie dobre okoliczności, jakie temu towarzyszyły. Zazwyczaj uważam, że to nie szczęście nas znajduje, ale to my wychodzimy mu naprzeciw i trochę pomagamy. Tym razem było pół na pół 😉

SONY DSC

Fot. Górska Mama

Codziennie wieczorem odbywał się niezwykły spektakl na niebie. Światła północy tańczyły, dając złudzenie, jakbyśmy widziały czyjeś kroki przez szparę w drzwiach, wiecie co mam na myśli. Czasem wyglądają jak pył, sypany z innego wymiaru. Nie dziwię się, że powstało tyle legend na temat zorzy, bo nie znając naukowego wyjaśnienia, można dopatrywać się w nich wszystkiego, od duchów zwierząt po nordyckich bogów.

W rzeczywistości zorza to wynik burzy słonecznej, podczas której zostają wyrzucone cząstki elementarne. Cząstki te zderzając się z górną warstwą atmosfery poruszają się wzdłuż linii pola magnetycznego. Wzbudzone cząsteczki w rejonie biegunów powodują właśnie efekt świetlny. Kolor zorzy zależy od intensywności jej linii emisyjnej, wysokości na jakiej występuje oraz od gazu – my widziałyśmy głównie zielone zorze, a tak świeci tlen.

SONY DSC

Fot. Górska Mama 

Po aktywnych dniach spędzonych w otoczeniu gór, wody i reniferów, wracałyśmy ogrzać się, zjeść dużą obiadokolację i przygotować na nocne łowy. Wykorzystywałyśmy wszystkie godziny światła, zazwyczaj wracając już po zachodzie słońca. Codziennie witało nas czyste błękitne niebo, a słońce oszukiwało, że jest więcej niż -13, które wskazywał termometr. Bajka!

cof

IMG_3093

Fot. Monika Biernat

Jak szukać zorzy?

Po pierwsze: patrz na północ.

Po drugie: unikaj świateł miast.

Po trzecie: obserwuj aktywność słońca.

Do tego trzeciego służyła specjalna aplikacja. Wysoki współczynnik KP (określający globalne warunki geomagnetyczne) to jest to, co zapowiada zachwycające widowisko. Do tego prędkość i gęstość wiatru solarnego oraz małe zachmurzenie. Miałyśmy wszystko – ale przygotowałyśmy się! Tromso to miejsce, które jest świetnym punktem obserwacyjnym dla łowców zórz. Jeśli poszukamy najlepszych spotów do podziwiania świateł północy to Koło Podbiegunowe obejmuje również Kanadę i Rosję, ale trzygodzinny bezpośredni lot z Polski do Norwegii chyba jest wystarczającym argumentem za tym wyborem.

IMG_0571 — kopia

Fot. Robert Musioł

Z tą wiedzą i po rekonesansie zrobionym w ciągu dnia, z mapą w ręce, ubrane w kilka warstw, z ogrzewaczami w butach i łapawicach, z Gają opatuloną jak mały Eskimos, termosem z kakao (które staje się naszym ulubionym napojem) i herbatą oraz przekąskami, które nie zamarzają, ruszamy. Zdecydowanie dobrą opcją podczas postoju w aucie w najlepszym miejscu jest webasto. Zwłaszcza z dzieckiem. Gaja słodko śpi przez trzy godziny, a budzi się zazwyczaj o najlepszej porze: po 23.00. Zorza hula po niebie zapierając dech z wrażenia. Szybkie karmienie na tylnym siedzeniu (tak, tu też kp – karmienie piersią, jakie to wygodne!) i patrzymy już wspólnie.

Nie wiem, czy Gaja będzie pamiętała, czy też tylko pomyślała, że to piękny sen.

Jestem pewna, że rozumiała, że jest świadkiem czegoś niezwykłego, bo kwitowała każdy abstrakcyjny ruch świateł głośnym „wow” :). Po chwili przejeżdżałyśmy w inne miejsce, Mała zasypiała i już tak spała do samego rana, nie budząc się nawet podczas przepaku. Cały kolejny dzień z niespożytą energią ponownie eksplorowała norweskie ścieżki. Zuch dziewczyna!

SONY DSC

Fot. Monika Biernat / Zorza… Jawa czy sen?

Czysta magia, ta zorza! I brałyśmy w tym udział! 

Czy zdecydowałabym się na taki wyjazd jeszcze raz? Tak. Czy warto zaryzykować wyjazd z dzieckiem w miejsce potencjalnie niedostępne? Tak. Czy trzeba się dobrze przygotować? Zdecydowanie tak.

Sukces wyjazdów z dzieckiem to przemyślana logistyka (oraz plan B,C,D, a nawet Z), zgrabnie spakowany plecak oraz trochę odwagi, zwłaszcza w porzuceniu konformizmu i wygody domowego zacisza. I dobre towarzystwo. Nie zawsze udaje się jechać z kimś, ale jeśli po tygodniu Twoje dziecko mówi do kogoś poza Tobą „mama”, to wiedz, że dobrze wybrałaś towarzystwo w podróży (dziękuję Monika!).

SONY DSC

Fot. Górska Mama

Dziecko za Kołem Podbiegunowym? Czemu nie! 

Jestem zakochana w zimnej Północy i na pewno tam wrócimy, nie tylko w czasie nocy polarnej. Norwegia ma w sobie wszystko, od skalistych gór po wodę i zieleń. Jest co robić o każdej porze roku. Nie da się nie ulec jej urokowi, uwierzcie na słowo.

IMG_3239

Fot. Monika Biernat / Muzeum Polaria Tromso

PS. Wózek się przydał! Nie było prawie w ogóle śniegu, sanki musiałabym nieść na plecach.

PS.2. Zorza pojawiała się codziennie. Od przylotu po obłędne smugi podczas wylotu.

PS.3. Warto zabrać aparat z dużym, stabilnym statywem. Bez tego nie ma szans na ostre zdjęcia nocą.

fbt

Fot. Górska Mama / Dream Team Łowczynie Zórz 🙂

 

 

 

Zimny chów, czyli my się zimy nie boimy!

Zbliżają się najmroźniejsze dni tej zimy, a ja opowiem Wam jak  je przetrwać i nie będzie to opowieść o piciu kakao pod kocem z książką w ręce…

Wyobraźcie sobie, że Wasze dziecko spędza codziennie wiele godzin na świeżym powietrzu, jest nieustannie aktywne, a wieczorem słodko zasypia, budząc się o połowę rzadziej niż zawsze. Ba, przesypiając całą noc! Kilka dni temu wróciłam z Gają z Norwegii, gdzie dni beztrosko mijały nam włóczeniu się po pagórkach, fjordach i leśnych ścieżkach, w kilku czy nawet kilkunastostopniowym mrozie. Suche, czyste i mroźne powietrze, aktywność fizyczna i mnóstwo wrażeń usypiały malutką, dając też dobry sen mamie.

Jak przetrwać w takich mrozach przez kilka godzin? Przed nami jeszcze kilka weekendów zimy, w górach śnieg będzie do kwietnia, a może maja, tym samym kilka naszych sposobów może się przydać niektórym z Was.

Komfort termiczny dziecka to główny czynnik warunkujący przyjemne spędzanie czasu na zewnątrz. O ile trzylatka można już ubrać w sklepie z odzieżą outdoor’ową, o tyle młodsze dziecko ma dużo mniejszy wybór ubrań o odpowiednich parametrach technicznych, chroniących przez wiatrem, wodą i zimnem. Norweskie dzieci mają dostęp do ubrań z ciepłej wełny merynosa, które kosztują majątek, ale dają im sporo ciepła, a w wózkach zamiast klasycznych śpiworków, leży barania skórka. Śpią słodko przed kawiarnią, podczas gdy rodzice piją w środku kawę. Tak się buduje pogodoodporność.

Przygotowując się na samodzielny wyjazd z Małą na Koło Podbiegunowe, uważnie skompletowałam zestaw ubrań dla niej, wiedząc, że to połowa sukcesu naszej wspólnej wyprawy (druga połowa to dobry nastrój Gai).

Nasz zestaw na mały i średni mróz (-1 do -10):

spód:

  • rajstopy
  • body z długim rękawem
  • cienkie spodnie
  • bluza
  • ciepłe skarpetki

góra:

  • ciepły kombinezon (niekoniecznie puchowy, ale na pewno gruby syntetyczny i wodoodporny)
  • cienki komin bawełniany lub techniczny
  • czapka wełniana na górę
  • na szyję chusta typu buff (osłoni w razie czego usta)
  • ciepłe rękawiczki z jednym palcem (warto mieć takie z długim mankiem, żeby dziecko nie zgubiło podczas zabawy)
  • buty typu śniegowce, nieprzemakalne (dzieci chodzące)
  • ocieplacze na stopy a’la botki puchowe (do spania, do nosidła, dla dzieci niechodzących)
  • gogle – chronią przed wiatrem i słońcem, ocieplają też część twarzy

1518700842164

Zestaw na duży mróz (-15 do -20):

jak wyżej, ale dodajemy:

  • jeśli dziecko będzie wyeksponowane długo na zimno lub wiemy, że będzie przebywało w bardzo niskich temperaturach, warto rozważyć puchowy kombinezon, zdecydowanie poprawia komfort dziecka i uspakaja rodzica
  • polarowy kombinezon na zestaw spodni odzieży (można za to zrezygnować z bluzy)
  • dodatkowe cienkie rękawiczki pod grube łapawice
  • na głowę czapko-komino-maska, chroniąca dziecko przed wiatrem, mroźnym powietrzem (naszą uszyła według specjalnego projektu Mabibi i sprawdziła się doskonale!)
  • ogrzewacze do stóp wklejone w buciki
  • ogrzewacze do rąk wklejone w rękawiczki (przy czasie spędzonym dłużej na zewnątrz)

1518627427275

Co warto jeszcze zabrać?

  • jeśli dziecko śpi w wózku/przyczepce i nie rozgrzewa ciała bieganiem, jako warstwa docieplająca sprawdzi się doskonale śpiworek (nie ograniczy ruchów, a da komfort podczas snu)
  • zawsze warto mieć polarowy kocyk – można na nim usiąść, okryć się, przykryć, zrobić pelerynę albo spódnicę, gdy naprawdę zimno (mamie 😉 )
  • warto rozważyć dodatkowe ogrzewacze albo termofor do śpiworka
  • krem na wiatr i mróz dla dziecka i mamy (nasz ulubiony to Weleda, ale Nivea i Bambino też dają radę)
  • termos z ciepłą wodą i termosik z herbatą
  • przekąski, które nie zamarzają (batoniki raw, np. z daktyli, buraka etc., sezamki, chałwę, suszone owoce – dla starszych dzieci, natomiast dla młodszych musik owocowy itp.
  • termos z obiadem – czyni nas niezależnymi i daje pewność ciepłego posiłku gdziekolwiek się znajdziemy
  • latarka czołówka – w zimie szybko robi się ciemno
  • folia NRC – na wszelki wypadek, może również posłużyć jako kocyk w ekstremalnych sytuacjach
  • kije trekkingowe i raczki – lepsza stabilizacja mamy na lodzie i zmrożonym śniegu
  • otulacz na nosidło (my mamy Tulisia z Mabibi) – dla mam noszących swoje dzieci w chuście lub nosidle

IMG_20180218_164840

Co powinna zabrać mama?

  • getry termiczne
  • spodnie softshell albo ciepłe, nawet narciarskie dla zmarzluchów
  • bielizna termiczna
  • bluza oddychająca
  • kurtka puchowa lub syntetyczna
  • cienka warstwa przeciwdeszczowa na górę
  • ciepła czapka
  • chusta typu buff na szyję
  • okulary przeciwsłoneczne lub gogle
  • cienkie rękawiczki techniczne (będzie sporo operacji precyzyjnych, odpiąć zameczek u dziecka, obetrzeć smarki, ubrać rękawiczkę itd.)
  • grubsze rękawice, mogą być łapawice czy narciarskie
  • ciepłe skarpety (lub cienka na spód i grubsza skarpetka na górę; ciekawym rozwiązaniem są skarpety dexshell, wyrównujące niedoskonałość butów – nie przemakają i grzeją)
  • ciepłe, zimowe buty
  • ogrzewające wkładki do butów
  • zapasowy ogrzewacz chemiczny w kieszeni
  • wygodny, nie za duży plecak (20-30 l), z dobrym dostępem do wszystkich rzeczy dziecka i swoich

 

Karmienie piersią w terenie

Niemal zawsze zdarza nam się karmić gdzieś w terenie – były już skały, zaspy, jamy śnieżne… W przypadku dużego mrozu i wiatru ucierpieć może przede wszystkim zdrowie mamy, choć wcale nie trzeba się do tych czynności specjalnie rozbierać. Dobrym wyjściem jest wygodna bluza na zamek i elastyczna koszulka, którą wystarczy naciągnąć od dekoltu. Bluza do karmienia to już pełen luksus! Zasada nr 1 – chowamy się przed wiatrem.

edf

Ten szturmowy zestaw pozwoli przetrwać aktywnie nawet największe mrozy. Jeśli wychodzimy w teren na skitury, na podejście mama ubiera się tak, żeby się nie zgrzać, czyli dość cienko: koszulka termiczna + cienka kurtka primaloft lub ciepła oddychająca bluza + cienki gore-tex (jeśli pada lub mocno wieje).

Największym problemem nie jest mróz ani opad śniegu, ale wilgoć i wiatr.                To one zwiększają odczuwalne zimno. Jeśli pogoda jest wietrzna, skracamy czas na zewnątrz albo planujemy tak aktywność, żeby mieć szansę na ogrzanie się wewnątrz co jakiś czas. Młodsze dzieci, kilkumiesięczne,  zabieramy oczywiście na odpowiednio krótsze spacery.

Dzieci doskonale czują się na świeżym powietrzu, a potrzeba ruchu jest dla nich naturalna. Nie potrzeba na takie wyjazdy ani wyjścia w teren zabawek – sam kontakt z naturą i wszystko, co się dzieje, jest już niezwykłą atrakcją! (I te patyczki i kamyczki policzone, choć nie zna liczb i nie umie liczyć, ale jak się wyrzuci, to doskonale wie, że brakuje…)

cof

Zawsze sprawdzam pogodę. Było już wiele zaskoczeń i na każdy zwrot akcji trzeba być przygotowaną. Norwegia była dla nas wyjątkowo łaskawa, rozpieszczając słońcem i bezwietrznym mrozem, aż żal było wracać… Na otarcie łez zima zaatakowała polskie góry. Nie odpuszczamy! 🙂 Widzimy się już za dwa tygodnie na zamykającym zimę wspólnym wyjściu „Mamy w Góry!”

Górska Mama i Górska Mała

 

 

 

 

Mamy w Góry 2! Ruszamy znowu!

Tak, ruszamy po raz drugi! Jesteście gotowe? 😃

Otwieramy jesień kolejnym spotkaniem aktywnych mam, ojców (też jesteście mile widziani!) oraz dzieci, które kochają ruch na świeżym powietrzu!

Tym razem poznacie kilka niezwykłych mam, które opowiedzą o swoich ekstremalnych pasjach, z których nie zrezygnowały z powodu dzieci 🙂 Przeciwnie – zaszczepiają bakcyla u młodego pokolenia!

Już niedługo je Wam przedstawię! 🙂

Schronisko na Magurce jest urokliwym miejscem, dostępnym zarówno spacerem z dzieckiem w nosidle / chuście, jak i z wózkiem. Będzie kilka wariantów trasy :).

Szczegóły trasy będziemy publikować na bieżąco na FB, obserwujcie wydarzenie 🙂

I tym razem to wyjście koleżeńskie – spotykamy się, żeby miło spędzić czas, nawiązać nowe znajomości, a może zainspirować? 😊
Wyjście jest bezpłatne.

Dołączcie, weźcie koleżankę z dzieckiem i chodźcie z nami! 😊

Pierwszy event Mamy w góry za nami!

Jeszcze na świeżo, w emocjach, chciałam Wam bardzo podziękować!  Uczestnikom, dzieciakom – ZUCHY!, wspaniałym gościom i współorganizatorom za ich prelekcje – Doula Kasia SzpaczkowaKatarzyna Daniek i Do Góry Nóżkami – jesteście niezastąpieni! Było bardzo miło zobaczyć tyle znajomych twarzy! 

Wszyscy dziarsko ruszyli do góry, docierając na Kozią Górkę w zawrotnym tempie: maluchy na własnych nogach, niemowlaki w nosidłach i chustach, najmłodsi w wózkach, nieco starsi w nosidłach turystycznych. Wzbudzaliśmy uśmiech i zaskoczenie na trasie – nie codziennie pojawia się w jednym miejscu taka niezwykła drużyna!

Pogoda nas rozpieściła słońcem, lekkim wiaterkiem i pięknym niebem. Drzewa na polance za schroniskiem Stefanka dały trochę cienia, a komu zrobiło się chłodno, mógł się dogrzać przy ognisku. Rozłożyliśmy koce i wyciągnęliśmy się z radosnym westchnieniem – w końcu wnoszenie 10-12 kg na plecach, a czasem nawet więcej, to nie byle co! To był bardzo poważny piknik! 🙂 Razem było nas około 110-120 osób! W tym ponad 50 dzieciaków! Jesteście NIESAMOWICI! 

Górska Mama opowiedziała o letnim niezbędniku malucha i sposobach na nieprzegrzewanie go w trakcie wycieczki oraz poprowadziła jogę na trawie (praktykowali nawet tatusiowie z maluchami na rękach!), Do Góry Nóżkami uraczyli nas opowieścią o zdobywaniu gór z wózkiem oraz przygotowali drukowany przewodnik dla uczestników spotkania. To nie koniec! Doula Kasia Szpaczek przedstawiła wady i zalety różnych sposobów noszenia dzieci, a Katarzyna Daniek podniosła nas na równe nogi i wtajemniczyła w techniki power walk oraz slow jogging.

Nie zabrakło upominków! Za wytrwałość i hart ducha (to nie jest byle co wybrać się np. z dwójką dzieci na samotny wypad w góry!) wspierające wydarzenie firmy z Bielska-Białej przekazały dla dzielnych mam i dzieci nagrody. Dziękuję firmom Mabibi, Moncziczi oraz Nessi Sporstwear za prezenty dla uczestników. Nic lepiej nie motywuje! Każde dziecko dostało oczywiście pamiątkowy dyplom za udział w wydarzeniu.

Ideą wyjścia było aktywne spotkanie w terenie – to przecież o wiele lepsze niż siedzenie w domu i jedzenie ciastek! Dzieci to nie wymówka – dzieci to pretekst, żeby być lepszym od siebie wcześniej! Myślę, że ten cel udało się zrealizować!

Zdjęcia powstały dzięki talentowi i sercu cudownej rodzinki Do Góry Nóżkami!

Do zobaczenia znowu!