Skitoury z maluszkiem cz.2

Praktyczne wskazówki przed pierwszym wypadem z Twoim maluchem

W tym sezonie skitury wygrały. Zamknięte wyciągi, brak innych opcji na skosztowanie sezonu narciarskiego i potrzeba zaznania radości w terenie… Z tych wszystkich powodów Gaja w tym roku zakosztowała także po raz pierwszy podchodzenia pod górkę – na nartach biegowych z foką – rozwiązaniu będącym kompromisem między funkcją i lekkością. Etap, na jakim znajduje się teraz, jest przejściem między byciem pasażerką przyczepki Thule przez ostatnie lata, a uczeniem się efektywnego podchodzenia i zjeżdżania. Podsumuję zatem nasze ostatnie cztery lata wypraw ze ski-setem do wielofunkcyjnej przyczepy, a nieraz i szybkich wycieczek z nosidłem na plecach.

Jak zacząć?

Na początek warto wybrać się w dobrze znany teren i przetestować sprzęt. Organizacja rodzinnej wycieczki osiąga sprawność po kilku wypadach, w różnych warunkach. Nie trzeba od razu kupować całego zestawu, można skorzystać z oferty jednej z wielu dostępnych na rynku wypożyczalni i upewnić się, czy to dla nas. Nie porywamy się na trasy strome i przewyższające nasze umiejętności – wieziemy ważnego pasażera. Wyruszamy po sprawdzeniu pogody i przygotowaniu siebie i dziecka na kilka godzin aktywności w ternie. Zawsze podkreślam aspekt towarzyski takich wycieczek! Warto ruszyć z kimś, kto zna już temat wypraw narciarskich z małym dzieckiem. Przygotowanie sprzętowe rodzica jest takie samo, jak na każdą wycieczkę skiturową, a sprzęt również można wypożyczyć – wiele wypożyczalni sprzętu narciarskiego oferuje także taką opcję. Czas wycieczki dopasowujemy do naszych możliwości i cierpliwości dziecka – lepiej zacząć od krótkiego wypadu w rejon, z którego łatwo się wycofać niż wielką wyprawę. W przyczepie przewieziemy nawet czterolatka – wszystko zależy od naszej kondycji i siły.

Jak przygotować malucha?

Aspekty praktyczne, jak ubranie dziecka, zmiana pieluchy czy karmienie zasługują na osobny wątek! W pierwszych miesiącach życia dziecko zabieramy nakarmione, przewinięte i najlepiej w porze drzemki. Zimą poranki potrafią być okrutnie mroźne i wietrzne, stąd rodzinny rytm wyznaczony przez sen dziecka wygania nas w teren bliżej południa. Słońce operuje już wysoko, a my możemy cieszyć się względnym ciepłem. Szerpowie, czyli rodzice, ubierają się na cebulkę, podejście potrafi wycisnąć sporo potu. Dziecko z kolei leży w hamaczku lub wkładce dla niemowląt, zapewniającej bezpieczną pozycję dla dzieci niesiedzących, więc potrzebuje więcej ciepłych warstw. Warto zainwestować w dobry, gruby puchowy śpiwór oraz jako warstwę docieplającą zwykły, lekki polarowy koc. Małe dziecko nie powie, czy jest mu ciepło, czy sucho i czy wygodnie. Wszystko zależy od tego, jak dziecko spędza czas oraz w jakim jest wieku. Maluszki są mniej aktywne i mogą szybciej zmarznąć, starszaki za to bardziej ruchliwe, co też naraża je na kontakt z różnymi warunkami pogodowymi. 

Jednak jak mówi moje ulubione skandynawskie powiedzenie:

nie ma złej pogody, są tylko nieodpowiednie ubrania.

Żeby z pełną swobodą korzystać z dobroczynnego wpływu ruchu na świeżym powietrzu trzeba się dobrze ubrać, a zwłaszcza odpowiednio ubrać swoje dziecko, które jeśli już chodzi samo, na pewno wejdzie w największą zaspę i nasypie śnieg wszędzie tam, gdzie wydawałoby się nam, że jest to niemożliwe.

Ubrania dla dziecka muszą chronić przed wiatrem, słońcem, wilgocią i chłodem, być wytrzymałe i wygodne oraz łatwe do ubierania i zdejmowania. Ubieramy malucha na cebulkę.

  • Pierwsza warstwa, najbliżej skóry, reguluje temperaturę i odprowadza wilgoć.

Najlepiej jeśli jest to bielizna z merino, syntetyczna lub z mieszanki tych włókien, w innej aktywne dziecko może się spocić, a potem wychłodzić. Maluszkom warto ubrać body, które zapewni komfort cieplny i oddychalność skórze. Syntetyki transportują wilgoć na zewnątrz, kiedy para wodna zamieniła się już w wodę (mechanicznie), a wełna merino robi to zanim gaz zamieni się w płyn, a na pewno nie wciąga wody jak gąbka (tak się dzieje z bawełną)!

  • Druga warstwa tworzy bufor cieplny, zatrzymując powietrze między warstwami tkanin.

Doskonale spiszą się tu sweter lub bluza i spodnie z włókien naturalnych lub syntetycznych.

  • Trzecia warstwa, wierzchnia, chroni przed czynnikami zewnętrznymi: musi być wiatro- i wodoodporna oraz oddychająca.

Dla mniejszych dzieci jednoczęściowe kombinezony (np. Ducksday, Reima, Mabibi), dla starszych osobno spodnie i kurtka. Ta warstwa ma chronić przed dostaniem się śniegu pod spód, przed podmuchami wiatru i przemoczeniem.

  • Na stopy malucha zakładamy botki puchowe lub z wyściółką z wełny, a na samą stopę skarpety z wełną merino.

Oczywiście na głowę wygodny komin lub czapa, okulary lodowcowe (są nawet dla niemowląt!) i rękawiczki. Producent zaleca jazdę dziecka w przyczepie w kasku – maleńkiej Gai nie zakładaliśmy go, bo po prostu był za duży, ale w miarę jak była starsza, a nasze trasy mniej płaskie – już tak.

Dłonie i stopy u dzieci szybko się wyziębiają. Nie jest dobrze wychłodzić malucha, ale też nie możemy go przegrzać! Buzię córki smaruję zimowym kremem z filtrem UV.

Zawsze zabieram ze sobą awaryjnie termofor w osłonce i ogrzewacze chemiczne.

Jak u każdego „początkującego” rodzica, pierwsze wyprawy wiązały się z częstym sprawdzaniem oddechu dziecka, ale też pozwalały mi sprawdzić, czy mała się nie przegrzewa czy wychładza. Mimo wszystko, dzieci nie mają sprawnej termoregulacji i musimy czuwać nad ich komfortem. Rozwiązanie, które podpatrzyłam u skandynawskich mam, to barania skórka na spód przyczepki i sanek (lub wózka), grzeje oraz izoluje od chłodu podłoża. 

Jeśli dziecko zaczyna chodzić, to każda wycieczka będzie wiązała się z wyjściem poza przyczepę w czasie postoju. To wymaga dobrania dobrych, nieprzemakalnych butów. Nie zmienia się idea warstwowego ubioru i zabezpieczenia przed zimnem. Dla starszego dziecka warto zabrać też małe gogle, które chronią większą część twarzy nie tylko przed słońcem, ale także przed wiatrem i mrozem. Rękawiczki powinny być nieprzemakalne, z wysokim mankietem, nawet do łokcia. 

O ubraniu dziecka i siebie w zimie pisałam tutaj: Zimny chów, czyli my się zimy nie boimy!

Karmienie w terenie

Nie ma nic wygodniejszego od karmienia piersią. Nie trzeba zabierać wrzątku, butelek, mieszać i organizować posiłku. Dziecko je tam, gdzie chce, a my możemy podać do stołu od razu. Wbrew pozorom, dziecku nic się nie dzieje, kiedy jest karmione na zimnie, o ile akceptuje taką pozycję. Natomiast mama musi koniecznie zadbać o sprytny dobór warstw, aby nie wychłodzić klatki piersiowej. Proponuję koszulkę na ramiączkach, jako pierwszą warstwę, na to elastyczną koszulkę termiczną z długim rękawem lub bluzę rozpinaną z zamkiem także od dołu (kurtka też może mieć taką opcję, nie odkrywamy wtedy szyi). Pozwoli to odkryć tylko tyle, ile jest konieczne. Jedyna konieczność to osłonięcie się od wiatru. Starsze dzieci, które karmione są już czymś więcej, mogą dostać przekąskę typu mus owocowy (trzymamy w kieszenie bliskiej ciału, żeby nie zamarzł!), zawsze mamy też termos z herbatą. Polecam zabierać też termos z zupą. Daje to niezależność od schronisk, które w szczycie sezonu są przepełnione, a czekanie w kolejce po obiad może skutecznie zepsuć klimat wycieczki.

Mamy w Góry!

Jesteśmy gotowi. Maluch ubrany, sprzęt złożony. Ruszamy! Mamy w Góry! To też nazwa akcji, którą zapoczątkowałam w 2017 roku i dotychczas odbyło się już osiem edycji. Celem tych spotkań jest edukacja na temat bezpiecznej aktywności w terenie z dziećmi oraz inspiracji do tego. Wydarzenia są otwarte dla wszystkich zainteresowanych. Spotykamy się o każdej porze roku w górach. Ruch na świeżym powietrzu, regularnie, w dużych dawkach, poczucie przynależności do natury i dzielenie tego doświadczenia z innymi aktywnymi rodzinami to idea spotkań Mamy w Góry! Podczas trzeciej edycji, na Szyndzielni, poruszyliśmy temat skiturów z dziećmi, porównując tę aktywność z przyczepą wielofunkcyjną oraz nosidłem turystycznym. Z pewnością na korzyść przyczepy będzie przeważało osłonięcie od warunków atmosferycznych, duża stabilność sprzętu i lepsza pozycja dziecka, które może wygodnie spać i nie jest narażone na hipotermię.

Jazda na nartach z nosidłem turystycznym wymaga o wiele większych umiejętności oraz siły, nosidło zmienia środek ciężkości rodzica, a dziecko jest o wiele bardziej wyeksponowane na zimno i nie ma możliwości przyjęcia innej pozycji niż wertykalnej. Sprawny narciarz poradzi sobie z nosidłem na wąskich ścieżkach, ale jakikolwiek upadek jest związany z dużym ryzykiem dla dziecka. Co więcej, nosidło przeznaczone jest dla dzieci większych, przynajmniej stabilnie siedzących. Przyczepa, nawet przy upadku, chroni swoją konstrukcją dziecko. Testowaliśmy kilkukrotnie nosidło turystyczne i ergonomiczne (z tkaniny). Dla niższej osoby to pierwsze jest bardzo niewygodne i zaburza ruch, natomiast ergonomiczne jest bardzo wygodne na podejściu, ale w ogóle nie chroni dziecka przed konsekwencjami upadku i warunkami pogodowymi. Na korzyść bezpieczeństwa i komfortu dziecka zdecydowanie przeważa przyczepa. Inne rozwiązania są zawsze kompromisem.

W drogę!

Pozostaje spakować się i ruszyć w teren! Lubię norweskie słowo „friluftsliv”, w wolnym tłumaczeniu oznacza ono „życie na wolnym powietrzu, życie w wolnej przestrzeni”. Jest czymś o wiele więcej niż „outdoorlife”. To jedno słowo mieści w sobie świadomość połączenia ze środowiskiem naturalnym, dzielenie tego doświadczenia z innymi, a nawet doświadczania czegoś wzniosłego spędzając czas w pozytywny sposób. Skiturowa przygoda z dzieckiem wpisuje się dla mnie w ten nurt. Jestem pewna, że też to poczujecie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to:
search previous next tag category expand menu location phone mail time cart zoom edit close