Polowanie na zorze, czyli dziecko na Kole Podbiegunowym

Jedno z najpiękniejszych zjawisk na ziemi, ulotny blask energii pochodzącej prosto od słońca… a może jak mówi skandynawska mitologia, to Walkirie, córki Odyna, które mkną po niebie na skrzydlatych koniach? Aurora Borealis, zorza polarna, światło północy… Jedno z wielkich, szalonych marzeń do spełnienia.

SONY DSC

Fot. Górska Mama / Zorza w okolicy Tromso

Jakie warunki należy spełnić, żeby zobaczyć zorzę?

Przede wszystkim wybrać dobry czas i miejsce. Najlepiej jechać między listopadem a marcem, wtedy noce są najdłuższe. Od kwietnia godziny słoneczne się wydłużają, stopniowo przechodząc w dzień polarny. O tym przedsięwzięciu myślałam już od kilku lat. Trzy lata temu najlepszy miesiąc na oglądanie nieba dalekiej Północy spędziłam w namiocie w odległych Andach. Dwa lata temu byłam w ciąży, a rok temu miałam małego ssaka przy sobie. Nie byłby to problem jechać razem, ale ważny był dla mnie komfort kilkumiesięcznej Gai, a przy okazji chciałam, żeby dla niej była to również atrakcja. Była jeszcze za mała. Odpuściłam.

Wszystko dobrze się złożyło w tym roku. Na początku stycznia wycięłam z gazety podróżniczej zdjęcie zorzy i przykleiłam na mojej mapie marzeń wraz z dwoma myślami: „im mniej oczekuję, tym więcej dostaję” oraz „uśmiech pomyślności nie omija nikogo, a mędrzec odnajdzie go nawet w drobiazgach”. Równo dwa lata wcześniej na antenie programu Trzecia Fala w Radio Katowice zdradziłam między innymi to marzenie, mój ważny punkt z sekretnej ‚bucket list’.

Czasem, żeby coś zaistniało, trzeba nie tylko własnych chęci, ale też tzw. zielonej fali. To dla mnie seria pomyślnych zdarzeń, które niczym jedne po drugich drzwi otwierające się przed nami, pozwalają dotrzeć do celu. A najlepsze jest to, że nie idzie się samemu, a drzwi często otwierają nam różne niezwykłe osoby. Czy to łatwo mieć wspólne marzenie? Zdecydowanie niełatwo. To sytuacja cenna, być może jedyny taki splot zdarzeń w naszym życiu, choćby miało zabrzmieć to górnolotnie.

Jest czas na pewne rzeczy, a potem mija. Jest szansa coś uchwycić, a potem znika.

Warto być czujnym. Monika taka była. Miłość do Norwegii pozwoliła nam odbyć kilka marzycielskich rozmów o różnych możliwych wyprawach, a zorza przewijała się od kilku lat. Kiedy rzuciłam hasło: ‚Jedźmy. Z moją Gają. Kiedy, jak nie teraz?’, Monika od razu była na tak. I to TAK otworzyło nam potem wiele możliwości.

Wybrałyśmy termin kierując się… fazami księżyca. Tak, to miało mieć duże znaczenie, ponieważ w nowiu była większa szansa zobaczyć nawet bardzo słabe zorze. Czarne niebo i nieziemska gra nocnych świateł. Kupiony bilet na skrzynce mailowej przypominał, że to się dzieje naprawdę.

IMG_20180213_182907_613

Fot. Monika Biernat

Lecę z niemal półtoraroczną córkę za Koło Podbiegunowe.

Do krainy lodu, śniegu, reniferów i ciemności przez większą część roku. Szalone? Odważne? Nietypowe? Na pewno tak, wszystko po trochu. Z radości nabrałam wiatru w żagle i zaczęłam nas przygotowywać, jak dotąd siebie na wszystkie wcześniejsze wyprawy wysokogórskie.

ptr

Fot. Górska Mama / Szczęśliwe dziecko 

Klimat północnej Norwegii jest suchy i mroźny, zdarzają się obfite opady śniegu, należy się spodziewać bardzo niskich temperatur. Ubranie dziecka na -20, aby mogło spędzić w terenie kilka godzin, to już pewne wyzwanie, ale udaje mi się kupić ultra gruby kombinezon puchowy z dobrą membraną, a koleżanka szyje dla Gai komino-czapko-szalik oraz mini-łapawice, tak, że nie mam obaw o komfort termiczny małej (więcej o naszym ubiorze TU). Pakujemy się w trójkę do wielkiej torby transportowej, w akcie odwagi zabieram wózek (wciąż zastanawiając się, czy nie lepiej zabrać sanki?) i jestem wdzięczna Monice, że nie boi się lecieć w towarzystwie małego dziecka. Nie oszukujmy się, Gaja to wymagająca towarzyszka 😉

Lecimy! W sercu radość, która dodaje optymizmu, kiedy pojawia się myśl, czy Gaja to dobrze zniesie. Nie mam pojęcia, czego się spodziewać na miejscu. W rezultacie okaże się, że tydzień spędzony na mrozie, przez większą część dnia w terenie, to najlepszy tydzień jeśli chodzi o jakość snu mojego dziecka (i mojego też!).

Lądujemy w Tromso, sprawnie wysiadamy i szukamy swojego auta na zasypanym parkingu. Środek nocy, wieje okrutnie, Gaja śpi w nosidle, przykryta kocem, a my zgrabiałymi palcami montujemy fotelik. Zajmuje to zdecydowanie za dużo czasu, ale… Pojawia się! Ona! 

SONY DSC

Fot. Górska Mama / Tromso

Zorza była widoczna nawet w centrum miasta, na oświetlonym lotnisku. Potem było tylko lepiej. Żartujemy, że można już wracać, bo przecież widziałyśmy, ale tak naprawdę dopiero budzi się w nas ekscytacja, żeby uchwycić więcej tej magii. Już wiem, dlaczego tak wielu mówi „polowanie na zorze” – faktycznie się poluje!

To był tak dobry czas, że aż trudno znaleźć słowa, żeby opisać wszystkie dobre okoliczności, jakie temu towarzyszyły. Zazwyczaj uważam, że to nie szczęście nas znajduje, ale to my wychodzimy mu naprzeciw i trochę pomagamy. Tym razem było pół na pół 😉

SONY DSC

Fot. Górska Mama

Codziennie wieczorem odbywał się niezwykły spektakl na niebie. Światła północy tańczyły, dając złudzenie, jakbyśmy widziały czyjeś kroki przez szparę w drzwiach, wiecie co mam na myśli. Czasem wyglądają jak pył, sypany z innego wymiaru. Nie dziwię się, że powstało tyle legend na temat zorzy, bo nie znając naukowego wyjaśnienia, można dopatrywać się w nich wszystkiego, od duchów zwierząt po nordyckich bogów.

W rzeczywistości zorza to wynik burzy słonecznej, podczas której zostają wyrzucone cząstki elementarne. Cząstki te zderzając się z górną warstwą atmosfery poruszają się wzdłuż linii pola magnetycznego. Wzbudzone cząsteczki w rejonie biegunów powodują właśnie efekt świetlny. Kolor zorzy zależy od intensywności jej linii emisyjnej, wysokości na jakiej występuje oraz od gazu – my widziałyśmy głównie zielone zorze, a tak świeci tlen.

SONY DSC

Fot. Górska Mama 

Po aktywnych dniach spędzonych w otoczeniu gór, wody i reniferów, wracałyśmy ogrzać się, zjeść dużą obiadokolację i przygotować na nocne łowy. Wykorzystywałyśmy wszystkie godziny światła, zazwyczaj wracając już po zachodzie słońca. Codziennie witało nas czyste błękitne niebo, a słońce oszukiwało, że jest więcej niż -13, które wskazywał termometr. Bajka!

cof

IMG_3093

Fot. Monika Biernat

Jak szukać zorzy?

Po pierwsze: patrz na północ.

Po drugie: unikaj świateł miast.

Po trzecie: obserwuj aktywność słońca.

Do tego trzeciego służyła specjalna aplikacja. Wysoki współczynnik KP (określający globalne warunki geomagnetyczne) to jest to, co zapowiada zachwycające widowisko. Do tego prędkość i gęstość wiatru solarnego oraz małe zachmurzenie. Miałyśmy wszystko – ale przygotowałyśmy się! Tromso to miejsce, które jest świetnym punktem obserwacyjnym dla łowców zórz. Jeśli poszukamy najlepszych spotów do podziwiania świateł północy to Koło Podbiegunowe obejmuje również Kanadę i Rosję, ale trzygodzinny bezpośredni lot z Polski do Norwegii chyba jest wystarczającym argumentem za tym wyborem.

IMG_0571 — kopia

Fot. Robert Musioł

Z tą wiedzą i po rekonesansie zrobionym w ciągu dnia, z mapą w ręce, ubrane w kilka warstw, z ogrzewaczami w butach i łapawicach, z Gają opatuloną jak mały Eskimos, termosem z kakao (które staje się naszym ulubionym napojem) i herbatą oraz przekąskami, które nie zamarzają, ruszamy. Zdecydowanie dobrą opcją podczas postoju w aucie w najlepszym miejscu jest webasto. Zwłaszcza z dzieckiem. Gaja słodko śpi przez trzy godziny, a budzi się zazwyczaj o najlepszej porze: po 23.00. Zorza hula po niebie zapierając dech z wrażenia. Szybkie karmienie na tylnym siedzeniu (tak, tu też kp – karmienie piersią, jakie to wygodne!) i patrzymy już wspólnie.

Nie wiem, czy Gaja będzie pamiętała, czy też tylko pomyślała, że to piękny sen.

Jestem pewna, że rozumiała, że jest świadkiem czegoś niezwykłego, bo kwitowała każdy abstrakcyjny ruch świateł głośnym „wow” :). Po chwili przejeżdżałyśmy w inne miejsce, Mała zasypiała i już tak spała do samego rana, nie budząc się nawet podczas przepaku. Cały kolejny dzień z niespożytą energią ponownie eksplorowała norweskie ścieżki. Zuch dziewczyna!

SONY DSC

Fot. Monika Biernat / Zorza… Jawa czy sen?

Czysta magia, ta zorza! I brałyśmy w tym udział! 

Czy zdecydowałabym się na taki wyjazd jeszcze raz? Tak. Czy warto zaryzykować wyjazd z dzieckiem w miejsce potencjalnie niedostępne? Tak. Czy trzeba się dobrze przygotować? Zdecydowanie tak.

Sukces wyjazdów z dzieckiem to przemyślana logistyka (oraz plan B,C,D, a nawet Z), zgrabnie spakowany plecak oraz trochę odwagi, zwłaszcza w porzuceniu konformizmu i wygody domowego zacisza. I dobre towarzystwo. Nie zawsze udaje się jechać z kimś, ale jeśli po tygodniu Twoje dziecko mówi do kogoś poza Tobą „mama”, to wiedz, że dobrze wybrałaś towarzystwo w podróży (dziękuję Monika!).

SONY DSC

Fot. Górska Mama

Dziecko za Kołem Podbiegunowym? Czemu nie! 

Jestem zakochana w zimnej Północy i na pewno tam wrócimy, nie tylko w czasie nocy polarnej. Norwegia ma w sobie wszystko, od skalistych gór po wodę i zieleń. Jest co robić o każdej porze roku. Nie da się nie ulec jej urokowi, uwierzcie na słowo.

IMG_3239

Fot. Monika Biernat / Muzeum Polaria Tromso

PS. Wózek się przydał! Nie było prawie w ogóle śniegu, sanki musiałabym nieść na plecach.

PS.2. Zorza pojawiała się codziennie. Od przylotu po obłędne smugi podczas wylotu.

PS.3. Warto zabrać aparat z dużym, stabilnym statywem. Bez tego nie ma szans na ostre zdjęcia nocą.

fbt

Fot. Górska Mama / Dream Team Łowczynie Zórz 🙂

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s